Żeglarz z przypadku

Po godzinach
po godzinach
14.05.2021
06:00

Sternik z ambicji

Leszek Gruszewski, ekspert finansowy, który swoją pasją zaraził niejedną osobę z Grupy ANG.

Leszek.jpg

Żeglujesz od lat. Skąd wziął się pomysł na takie spędzanie wolnego czasu i pasję?

To był przypadek. Mając 15 lat trafiłem na szkoleniowy obóz żeglarski organizowany przez poznański Harcerski Klub Żeglarski z siedzibą w Kiekrzu pod Poznaniem – klub jeszcze z przedwojennymi tradycjami. Kadra raczyła nas morskimi opowieściami „o cudach i przygodach, jakie można spotkać na morskich wyprawach”. Jak to bywa w morskich opowieściach, wszystko było nieźle podkolorowane, ale młody harcerz jakim byłem, łykał te opowieści bez zastrzeżeń. Ich fascynacja żaglami i pasja była zaraźliwa. Efekt był taki, że po dwóch tygodniach intensywnego szkolenia zdobyłem swój pierwszy patent żeglarski – Żeglarza Jachtowego. To spowodowało, że ponad miarę urosło moje ego i stałem się nieznośny, ale uspakajam – jak trafiłem w końcu na słoną wodę, spokorniałem;-))

Niechcący, też w Kiekrzu dostałem na chwilę regatowego Fina – klasa olimpijska. Wówczas zwariowałem na punkcie ścigania się z innymi. Jezioro Kierskie w tamtym czasie to była taka mała woda, gdzie można się było ścigać zawsze i o każdej porze. Jedynym ograniczeniem była dla mnie odległość od mojego rodzinnego miasta – Kępna.

185934856_334983448220212_3401829470686569906_n.jpg

Co było dalej? Czy ciągle byłeś związany z Harcerskim Klubem Żeglarskim?

Czas płynął i trzeba było pójść na studia. Z Kępna było bliżej do Wrocławia, i mimo że poznanianki to bardzo fajne dziewczyny, zamieszkałem we Wrocławiu. I tu znowu miałem trochę szczęścia. Trafiłem do YACHT CLUBU AZS. Miał trzy sekcje: regatową, morską i śródlądową i był jednym z większych klubów w Polsce. To tu pierwsze kroku stawiał Krzysztof Baranowski i wielu innych żeglarzy. Klubowe czwartki z morskimi opowieściami działały również pobudzająco – ach te morskie opowieści. Klub był miejscem, gdzie wcale niemała grupa zapaleńców realizowała własne pasje. Nie tylko pływaliśmy, chodziliśmy po górach, organizowaliśmy też obozy narciarskie. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy na klubowej kei na Wybrzeżu Wyspiańskiego. Mimo że były to czasy komuny, to świat żeglarski, nie tylko przede mną, stał otworem. Kasa była niepotrzebna – to dawała ówczesna władza. Do zakwalifikowania się na wyprawy i rejsy potrzebne były przepracowane godziny bosmańskie. Miało to niezły skutek wychowawczy i zapewniam, że pracowało się przy jachtach z zapałem i bez przymusu. Szczególnie że Wrocław miał w tamtym czasie połączenie wodne z morzem i nasze jachty morskie – Ballada, Bagatela, Nereus i Panorama miały na pawężach jako port macierzysty we Wrocław i tu zimowały. Był to powód do dumy – o dostęp Wrocławia do morza obecnie walczymy nieustannie.

PHOTO_Leszek.jpg

Z tego, co wiem to masz wiele żeglarskich sukcesów na swoim koncie. Zdradzisz jakie?

Jako regatowiec zdobyłem dwa puchary dla swojej uczelni w Akademickich Mistrzostwach Wrocławia. W regatach klubowych też byłem niezły, ale przegrałem z obecną kapitan – Ewą Skut. Dało mi to do myślenia, wyprostowało co nieco moje ego. Doszedłem do wniosku, że oprócz praktyki, czyli pływania i moczenia się w Odrze, by doskonalić swoje umiejętności, konieczne jest sięgnięcie do korzeni, czyli teorii. W tamtych czasach, zrobienie patentu sternika jachtowego to było wiele godzin wykładów z wielu dziedzin oraz egzamin praktyczny i teoretyczny przed Komisją OZŻetu.

To jak zdobyłeś patent sternika?

W przerwach między klubem i pływaniem zaliczyłem pierwszy rok studiów i udałem się na jezioro Ryńskie na Mazurach i zdałem tam egzamin praktyczny na sternika. Wtedy jeszcze z obowiązkowym pływaniem na dwumasztowcach, czyli na dezecie. Kto był tam moim instruktorem i do bólu rozśmieszał, wiedzą ci w gANGu (nazwa zapalonych żeglarzy z ANG), co pływali ze mną po Ryńskim. Z instruktorką jestem związany do dzisiaj – polecam młodszym wiązanie się z żeglarkami;-) I mamy dwoje udanych dzieciaków. Na teoretycznym egzaminie na sternika, już we Wrocławiu, poległem przy pytaniu z teorii żeglowania zadane przez JKŻW Macieja Spasowskiego, na które do dzisiaj nie umiem znaleźć odpowiedzi. A pytanie brzmiało tak: „Dlaczego jacht po zwrocie przez rufę giba się na obie strony –proszę dokładnie wytłumaczyć motorykę i fizykę zjawiska.” Nagroda czeka na tego, kto odpowie. Mimo moich wysiłków, starań, pan kapitan stwierdził: niestety, braki wiedzy są ogromne i uniemożliwiają samodzielne prowadzenie jachtów.

Obraz2.jpg

Jak się domyślam, to cię nie powstrzymało. Tak?

Moje Ego, dzięki temu następnej lekcji pokory, znowu zbliżyło się do poziomu akceptowalnego dla otoczenia. Jak już miałem patent, byłem ze dwa razy instruktorem na obozach Maćka Spasowkiego. Wyjaśnił mi, że musieli około połowy chętnych oblewać na egzaminach – rósł w ten sposób prestiż egzaminujących i było to dobrze odbierane we władzach.

W jaki sposób pandemia wpłynęła na Twoją pasję?

Pandemia jest bez znaczenia dla mojej pasji żeglowania – marzyć i planować zawsze można. W czasie pandemii kupiliśmy sobie jachcik o nazwie SEA WAY i zamierzamy pływać nim po wodach przybrzeżnych Bałtyku. Do Szczecina mamy z Wrocławia 3- 3,5 godziny drogi. Chociaż przyznam, że 1,5 roku przerwy w morskim pływaniu z perspektywy mojego wieku to dużo. Cieszę się niezmiernie, że udało mi się pokazać to, jak świat wygląda od strony wody, kilku delikwentom z gANGu. Mam paskudne przeczucie, że jeden nieźle się wciągnął i nawet zrobił pierwszy patent.

Obraz1.jpg

Na swoim koncie masz wiele wypraw. Czy jest jakaś, która szczególnie zapadła w pamięć?

Rejs, który zapamiętam na zawsze? Pierwszy rejs z moim ulubionym kapitanem B. Rudnikiem. ŚP. IAN HANNEY, Szkot o duszy Polaka i nasz przyjaciel, pożyczył nam na wieczne nieoddanie swój ukochany bryg i drugi dom o nazwie Melina of Fleet. Sam ze względu na wiek musiał zaprzestać żeglowania, na wyraźną prośbę żony. Trzeba było ściągnąć Melinę z OBANU w Szkocji do Szczecina. Trafił nam się II etap z Nykobingu w duńskim Limfjordzie do Szczecina w drugiej połowie października. Wszystko szło dobrze i wycieczkowo, nawet w Sundach, do czasu… kanału falsterbo w Szwecji. Melina of Fleet była w stanie przeznaczonym do remontu. Bolek coś tam mówił, że po wyjściu z Falsterbo może trochę kiwać. Wyszliśmy w ciemną bezksiężycową noc i „trochę kiwania” przekształciło się w 8 stopni Beauforta i paskudną 4 -5 metrową bałtycką falę. Powoli siadało wszystko, elektronika, część oświetlenia, na końcu nawet podświetlenie kompasu. Miałem okazję, między wachtami, wypoczywać na łóżku wodnym – tzn. takim, na które przez nieszczelności bulajów i pokładu wchodziła orzeźwiająca bałtycka woda a na wachcie każdy doznawał momentów nieważkości – jacht chodził po parę metrów góra-dół. I tu przydało się doświadczenie B. Rudnika i twarde szkolenie w YC AZS (był przez pewien czas komandorem tego klubu). Ze względu na stan jachtu i załogi kapitan postanowił odpuścić Szczecin i wejść do Sasnitz w Niemczech. Mapy były tylko papierowe, kierując się światłem bardzo podnoszącym morale załogi, latarni morskiej w Arconie nad ranem, ale po ciemku znaleźliśmy się na główkach portu w Sasnitz. Bolek miał na szczęście mapę portu i wejścia w głowie (wejście jest tam paskudne) i bezbłędnie za pierwszym razem trafił w główki i zacumował Melinę przy kei w Sasnitz. Załoga była już tylko 3 osobowa. Zapomniałem o żelaznej zasadzie na łódce – jedna ręka dla żeglarza tylko druga dla jachtu. I tę sekundę, gdy niczego się nie trzymałem wykorzystała przyczajona fala i rzuciła mnie w drzwi do pomieszczenia, gdzie odpoczywał jeden z załogantów. Drzwi skutecznie się zablokowały – odblokowaliśmy go dopiero na kei w Sasnitz.

Po tygodniu wróciliśmy dokończyć rejs i dopłynęliśmy do Szczecina. Tu się okazało, że nasz kapitan jest w czepku urodzony (dlatego pływam w zasadzie tylko z nim jak tylko mogę). Po odpaleniu silnika, ten popracował 1 minutę i zgasł. Skończyło się paliwo. Gdyby to się stało w główkach Sasnitz, mogło się skończyć tragicznie. Do dzisiaj jak się spotykamy z tamtą załogą, wznosimy toast „za cudowne ocalenie”. Cały ten rejs i jego zakończenie spowodowało, że tamta załoga, do dzisiaj jest czymś więcej niż gronem przyjaciół. Tu nasza strona: http://melina.wroclaw.pl/

185742889_523859438781585_4074459464854995713_n.jpg

I dlatego między innymi pływamy.

Finał i przestroga dla młodych wiekiem ludzi z patentami - Melina of Fleet zakończyła swój żywot na kanale La Manche. Świeżo wyszkolony sternik, według obecnych standardów, skutecznie rozpruł ją na skale w kanale. Obyło się bez strat w ludziach. A taka był śliczna i wyremontowana.

Smutny koniec.jpg

Dziękuję za rozmowę!

Zamknij
W celu poprawienia jakości usług korzystamy z plików cookies. Pozostając na stronie, wyrażasz zgodę na wykorzystanie tej technologii Więcej informacji